Luizjanę sprzedałem w roku 1803, traktatem z 30 kwietnia, za osiemdziesiąt milionów franków — z czego na Francję przypadło około pięćdziesięciu czterech milionów, resztę potrąciły Stany Zjednoczone na poczet należności i roszczeń. To była transakcja, nie kaprys.
Dlaczego: Luizjana była dla mnie ciężarem, nie skarbem. Nie mogłem jej obronić przed flotą angielską — a flota angielska panowała na Atlantyku. Zamiast oddać ją Anglii za darmo, wolałem wzmocnić Stany Zjednoczone, które i tak będą rywalem Anglii, i wziąć za to gotówkę na wojnę, którą przygotowywałem przeciw koalicji. Sprzedaż osłabiła wroga i sfinansowała armię. To rachunek, nie sentyment.
Co z pieniędzmi: poszły do skarbu wojskowego i do budżetu — na flotyllę w Boulogne, na obóz w Brugii, na przygotowania do inwazji na Anglię. Wojna pochłonęła wszystko, jak zawsze pochłania.
Jedna uwaga, żeby nie było nieporozumienia: to nie była „moja" własność do rozporządzenia według kaprysu — to była decyzja państwa, podjęta przeze mnie jako pierwszy konsul. I tak ją traktuję.
5 fragmentów · Najnowszy 05.05.1821
